Gdy Yunari szukał dla mnie apteczki ja próbowałem obmyślić plan który pomoże mi się wydostać z pola rażenia Nii i widzenia chłopaka. Tak więc wykorzystałem okazję gdy ten nagle się zwiesił. Poturlałem się w lewo, tak daleko by nie zauważyli kiedy wstaję. Oddaliłem się na jakieś 50 metrów, a potem wstałem i zacząłem iść szybkim krokiem w kierunku wyjścia z miasta. Gdy już byłem przy bramie zwróciłem uwagę na dziewczynę przy barze. Miała pomarańczowe włosy upięte w kucyk, obcisłą koszulkę, dżinsowe spodenki i sandały. Od razu przypomniałem sobie gadkę Yunari'ego jak go jakaś ruda wyrzuciła za pomocą patelni przez okno, wprost do kontenerów na śmieci. Podszedłem do niej.
-Hej piękna, co tam? Turystka? Jak chcesz to cię oprowadzę po mieście.- Zagadałem do niej z zalotnym uśmiechem na twarzy. Ona się na mnie spojrzała ze zdziwieniem. Zauważyłem wtedy, że ma duże, złote oczy.
- Słucham? proszę pana, ja pana nie znam i znać nie chcę, więc niech pan sobie pójdzie i da mi święty spokój. Dobra? A tak w ogóle, to pan nie jest czasem ranny?- Odpowiedziała przypominając mi, że nie tak dawno zostałem boleśnie pobity. Szybko spojrzałem na siebie. Ubrania brudne, podarte i poplamione krwią. Nawet nie chcę wiedzieć w jakim stanie jest moja twarz. Ale chyba nie jest tak źle, ponieważ ta dziewczyna jeszcze nie uciekła z krzykiem, ale patrzy się na mnie oczekując, że niedługo odejdę. Szybciutko poszukałem schowanych w kieszeni okularów by je założyć i choć w kilku procentach poprawić swój wygląd. Na szczęście nie były potłuczone. Chyba jako jedyne przeżyły ciosy od Nii. Opłacało się na nie wydać 300 myu. Zrobiłem to co planowałem i spojrzałem rudowłosej dziewczynie w oczy.
- Tak, jestem trochę poobijany. Ale jak panienka widzi to nic takiego, więc jeśli panienka chce mogę w każdej chwili panienkę oprowadzić po mieście. Co prawda sam tu jestem tylko przejazdem, ale to raczej nie powinno pokrzyżować nam planów.- Powiedziałem i wyciągnąłem rękę w jej stronę. Ona bez żadnego ostrzeżenia palnęła mnie patelnią w głowę.
- ZBOCZENIEC!!!- Wykrzyczała i odwróciła się zgrabnie i z uniesioną głową na pięcie. Poszła sobie, a ja opadłem na krzesełko od baru, trzymając się za głowę. Pomyślałem sobie, że nie była warta zachodu, ale... Te jej oczy! Wielkie jak muchomory i do tego złote! Szkoda, że ma taki charakter... Chociaż, może uda mi się wyciągnąć informację do kąt zmierza i może wtedy bym spróbował znów do niej zagadać. Ale to na pewno nie teraz. Teraz głowa mi pulsuje i nie mogę się skupić. poszukałem portfela by móc sobie kupić coś do picia. Okazało się, że go nie mam. Od razu zerwałem się na równe nogi i zacząłem szybko przeszukiwać kieszenie. Nie znalazłem nic, oprócz kilku paprochów. Musiałem go zgubić gdy Nia mnie okładała ciosami. Zanim poszedłem z powrotem do miejsca w którym prawdopodobnie jest mój portfel, spytałem się barmana czy nie dałby mi jakiegoś bandaża lub plastrów. Dał mi bandaż, a raczej kawałek jakieś szmatki i powiedział, że więcej nie ma. Podziękowałem mu i opatrzyłem najbardziej krwawiące miejsce. Teraz kieruję się w stronę miejsca w którym znów mogę spotkać tą niebezpieczną dwójkę.
Gdy już się tam znalazłem zobaczyłem Yunari'ego na ziemi. Był cały poobijany. Szybko schowałem się za ścianą budynku który był najbliżej. Zacząłem wysłuchiwać o czym oni tam rozmawiają. Szatyn zaczął błagać o apteczkę złotowłosą pannę. Zaczął dobierać takie słowa, że nawet mi zrobiło się go żal, a to NAPRAWDĘ trudne. Potem jak skończył usłyszałem trzask jakiegoś pudełka o podłoże. To była prawdopodobnie ta apteczka.
-I nie dziękuj. Idiota.- Powiedziała do niego Nia. Więc nawet ona ma serce? Ciekawe... Wydawała mi się mordującym wszystko potworem, no ale okej. Najwyraźniej się myliłem. Przykucnąłem przy ścianie. Zrobiło mi się dziwnie głupio. Ona była zdolna podać mu tą głupią apteczkę, a ja jak ta hiena czekam tylko jak wykituje lub zostawi mnie w spokoju... Chyba mam mniej serca od niej... MOMENT!!! Czy ja właśnie przyznałem się do BŁĘDU?! Nie, coś musi być ze mną nie tak! To wszystko przez jego żałosną gadkę!
JA NIGDY NIE PRZYZNAJĘ SIĘ DO BŁĘDU!!!
Tak w ogóle, zastanawia mnie, gdzie podział się tamten brunet. Wcześniej jak go sprałam to leżał na chodniku. Nieruchomo. Gdzie go mogło wywiać...? E tam, ciul z nim, co mnie on obchodzi.
-Ogarnij się, póki jeszcze jestem miła. Pomogę ci, ponoć kogoś do drużyny szukasz? Ja się nie zgadzam, ale już pomogę ci kogoś zwerbować. - Westchnęłam ciężko, może przynajmniej przestanie mnie męczyć.
-Powiedzmy, że to taka rekompensata. Trochę ochłonęłam, tylko żebyś nie gadał mi więcej w ten sposób, bo znowu wpadnę w szał, jasne? Ale guzdraj się szybko, bo nie mam całego dnia. - No dobra, mam cały dzień, ale nie chce mi się z nim więcej przebywać.
Nagle spoważniałam momentalnie, przybierając dość groźny wyraz twarzy. Sięgnęłam jednocześnie po mój sztylet, na prawym udzie pod sukienką. Wybrałam pierwszy lepszy z trzech, wszystkie były bardzo ostre, tylko z innymi magicznym możliwościami. Ale jak się nie używa do nich magii są jak zwykłe sztylety. Moim poważnym, skupionym wzrokiem obserwowałam jeden z domów, przysłuchując się. Jestem pewna, że coś słyszałam. Po chwili upewniłam się że ktoś, albo coś nas obserwuje. Odruchowo rzuciłam w tamtą stronę sztyletem - Wbił się swobodnie w cegłę do połowy, nie robiąc żadnych niepotrzebnych pęknięć. Cisza. Może jednak zdawało mi się? Wiatr? Chyba tak - Stwierdziłam, orientując się, że przecież jest wiatr.
-Wiesz, dzięki. Nie sądziłem, że taka wredna baba jak ty może okazać się miła! A tak w ogóle mogłabyś mi podać swój plecak? - Usłyszałam nagle przed sobą. Zamknęłam zdenerwowana oczy, by się uspokoić. Nie denerwuj się, Nia, uspokój się. Miałaś go już nie bić, wytrzymaj! Westchnęłam ciężko, znowu. Ale zaraz, o co on pytał? Po cholerę mu mój plecak?
-Nie, to mój plecak i nie dam ci go. Tak w ogóle to po cholerę on ci? - Spojrzałam potem na chłopaka i zaniemówiłam.
-Co to ma kurde być?! Czemu tam są kanapki?! - Wrzasnęłam widząc otwartą apteczkę a w niej... Kilkanaście kanapek... I NIC WIĘCEJ!!
-Posłuchaj, Niyuś! No bo ja zapomniałem że włożyłem tam kanapki. No ale musiałem bo nie miałem gdzie je wcisnąć, a apteczkę miałem pod ręką. NOZLITUJŻESIĘNADEMNĄ!!! POŻYCZMISWOJĄAPTECZKĘPROSZĘ!!! JASIĘWYKRWAWIAMAZAPEWNIAMCIĘŻETEGONIECHCESZ!! Pozatymkanapkisąbardzopożywne... - Na początku mówił spokojnie, ale po chwili mówił tak szybko i chaotycznie, na jednym wdechu, że nic nie zrozumiałam. Zrozumiałam tylko ostatnie zdanie: "poza tym, kanapki są bardzo pożywne...". Pożywne, co?
-Więc skoro są tak bardzo pożywne to je żryj!! Na pewno ci się poprawi, skoro tak twierdzisz! - Powiedziałam zdenerwowana, biorąc te kanapki i na siłę wpychając mu je do ust. Ten seplenił tylko coś w stylu: "proszę, przestań! Dobre są ale nie wpychaj mi ich na siłę do ust!". Zaraz po chwili ten stracił przytomność a z jego ust wyleciał jakiś duszek. Oj, coś wyleciało - Pomyślałam. Ale Yunari wyglądał cholernie zabawnie - Niebieski, poobijany duszek w jakichś szmatkach i z harfą, na której nie umie grać... WOHOHOHOHOHOH!!! Zaczęłam się śmiać, starając jak najmocniej stłumić śmiech. Nie wyszło mi bo zamiast tego śmiałam się jeszcze głośniej. I nagle poczułem uderzenie. Ten debil rzucił we mnie tą harfą!!
-Głupia! Trzeba było się ze mnie nie śmiać!! I co teraz? Nie możesz mnie już pobić, bo jestem duchem! Buhahahaha!!! Ej, zaraz, co robisz? Co ty robisz, przestań, nie, nie!! Nie chcę wracać!! Przes... BUHAHAHAHA!! PRZESTAŃ! BUHAHAHAHA!! - Podeszłam do jego ciała ignorując jego zwycięskie przemówienie. Wbrew jego woli zaczęłam go łaskotać, a jego duszek opornie wrócił do ciała. Yunari się obudził, ale widząc mnie krzyknął: "NIE ZABIJAJ MNIE!!" i uderzył się w głowę tracąc przytomność... Idiota...
Trochę się przeraziłam, bo zorientowałam się że zaczyna się noc i nikogo poza nami nie ma na zewnątrz. JASNA CHOLERA!! PRZEZ NIEGO STRACIŁAM POCZUCIE CZASU!! CO ROBIĆ?! Trochę panikowałam w myślach, nie wiedząc co zrobić. W końcu ogarnęłam się i wzięłam tego gostka jak worek ziemniaków, mój sztylet wbity w ścianę i popędziłam do mieszkania.
Zmęczyłam się strasznie, ale zdążyłam przed całkowitym zmrokiem. Uff, udało się. Tylko teraz co zrobić z tym gnojkiem? Najpierw opatrzyłam go, potem na wszelki wypadek przywiązałam go do krzesła, a sama usiadłam na fotelu naprzeciwko. Założyłam nogę na nogę i ręce na piersi, zamykając oczy. Czekałam aż ten się obudzi.
Głowa mnie boli... Co jest? Nie mogę otworzyć oczu. Chwila. Uchyliłem je lekko, ale wszystko jest strasznie ciemne i czarno-białe. Jakieś durne, wkurzające plamki mi latają przed oczami. Ugh! Wkurzające. Dlaczego tak jest zawsze gdy tracę przytomność?! Zaczynam widzieć w kolorach. Zaraz pewnie obraz mi się wyostrzy i pewnie będę leżał na chodniku... Ale chwila! Obraz mi się wyostrzył, a ja spostrzegłem, że jestem w jakimś pomieszczeniu. Jest ciemno, ale wszystko widać. W koncie stoi etażerka przykryta niebieskim obrusem na której stoi wazon wypełniony do połowy wodą, w środku którego był żółty kwiatek, a jego woń była lekka i przyjemna. Te kwiaty zrywa się gdy ma się rany lub ma się doła dlatego, że ten rodzaj kwiatu nie tylko ładnie pachnie lecz przyśpiesza regenerację swoją wonią. Najczęściej noszą go przy sobie ludzie schorowani lub żyjący w stresie. Oprócz tego kwiatka i etażerki w pomieszczeniu jest łóżko jednoosobowe z ciemnego drewna i z żółtą kołdrą. Ściany są chyba błękitne, nie mogę do końca stwierdzić, ponieważ jest zbyt ciemno. Jedyne światło w tym pokoju jest obok postaci w kącie opierającej się o ścianę. O jasna #@!#@ to ONA! Nia stała oparta o ścianę z wyciągniętym sztyletem, obracając go w dłoni. Gdy chciałem się przesunąć do tyłu zorientowałem się, że jestem przywiązany do krzesła! Zacząłem trochę panikować i wierciłem się na nim, prawie upadając.
- Dlaczego mnie przywiązałaś?! Co ja ci takiego zrobiłem? Chcesz mnie zabić bo jestem zbyt denerwujący?! Nie rób tego! Bo będę cię nawiedzał do końca twoich dni, a nawet dłużej!- Wykrzyczałem w jej stronę pocąc się jak... zwierzę! Mimo to nie jestem zestresowany zbytnio. To prawdopodobnie przez kwiatek. Próbuję uwolnić się z więzów. Tym razem upadłem twarzą na podłogę. Zobaczyłem wtedy z bliska dywan którego wcześniej nie dostrzegłem. Był fioletowy i mięciutki. Podniosłem się używając do tego magii. Gdy już tak siedziałem wpadłem na pomysł.
- Wypuść mnie~- Wypowiedziałem robiąc przy tym dzióbek i mrużąc oczy.
Gdy zobaczyłam, że tamten zaczął się budzić, wstałam stamtąd i oparłam się o ścianę. W dłoni podrzucałam, obracając jednocześnie mój sztylet. Chłopak powoli odzyskiwał przytomność, otworzył z trudnością oczy, rozglądając się po pokoju. Po chwili zaczął wrzeszczeć ze strachu, na mój widok. Jest za głośno, stanowczo za głośno! Ścisnęłam tylko ten sztylet w dłoni, a po chwili cisnęłam nim w kierunku Yunari'ego. Sztylet przeciął lekko jego lewy policzek, wbijając się w oparcie.
-Nie otwieraj ust niepotrzebnie. To jest pierwsze ostrzeżenie. Dlaczego cię przywiązałam? Kto wie. Może miałam w tym jakiś konkretny cel, a może nie... Ależ ty nic mi nie zrobiłeś, poza tymi wszystkimi upokarzaniami. A tego łatwo ci nie wybaczę. Na razie wolę cię nie wypuszczać. - Ten zaczął się jeszcze mocniej wiercić, przez co stracił równowagę i upadł twarzą na ziemię. Przyglądałam mu się zrezygnowana. Ehh... Co za debil! Powoli zaczęłam kierować się w jego stronę, by go podnieść, kiedy... Ten bez wątpliwości użył magii, aby podnieść się z powrotem do pionu. On używa magii? Myślałam że jest zwykłym człowiekiem, a tymczasem jest magiem jak ja. W dodatku bardzo silnym magiem. Czułam to tylko przez ułamek sekundy, ale ta magia była ogromna. Wydawało mi się, że ten idiota nie mógłby być silny, to wydawało mi się takie nierealne. Nie spodziewałam się tego.
-Ty jesteś magiem? Nie spodziewałam się szczerze mówiąc...
Nagle usłyszałam, jak ktoś zaczął krzyczeć głośno za oknem. Co jest?! Wyjrzałam lekko zmieszana przez okno. Zastanawiałam się, kto jest na tyle głupi, aby biegać po nocy w tej wiosce.
-Co się tam dzieje? - Zapytał mnie szatyn.
-Ehh, na razie wychodzę, zaraz wrócę. Tylko mi tutaj nie rozrabiaj, oczywiście o ile się stąd wydostaniesz. - Raczej na pewno zwieje z taką siłą, ale oby tylko nie wychodził na zewnątrz, ani nie plądrował mi mieszkania...
-A, jeżeli nie chcesz zginąć to nie wychodź na zewnątrz. Takie ostrzeżenie. - Z tymi słowami wyszłam z pokoju, choć lekko zaniepokojona, wole chyba nie mieć tego kogoś na sumieniu. Przeszłam przez resztę mieszkania, będącego na drugim piętrze, po czym zeszłam niepewnie w dół. Nie paliłam żadnego światła, bo to jeszcze bardziej niebezpiecznie. Skierowałam się z wolna na zewnątrz. Stąpałam po ziemi, którą znałam dobrze, ale jednocześnie napawała mnie lękiem. Pamiętam to. Pamiętam, kiedy zignorowałam zakazy i z ciekawości wyszłam po zmroku na zewnątrz. Gdyby nie lekarz, już dawno bym nie żyła. Pamiętam, jak zostałam przez niego znaleziona daleko od wioski - Skąpana we krwi, niemal martwa. Jakimś cudem zostałam uratowana, ale byłam w stanie krytycznym. Po tym wszystkim mam teraz trochę skrzywioną psychikę. Nagle usłyszałam ten sam ryk, ten sam przeraźliwy skowyt tamtej bestii. W jednym momencie wszystkie resztki mojej odwagi zniknęły, a ja sparaliżowana stałam w półkroku bez ruchu. Nie mogłam się ruszyć ani trochę.
Miał być fragment opowiadania na kilka dni, ale mam ogromną wręcz ochotę by dodać jeszcze jeden post, także, proszę, oto dalsza część opka =^.^=!

Ale się rozpisałyście. Szalejecie, dwa posty jednego dnia O.O Wow. Poczytam przed snem i powiem co myślę ;)
OdpowiedzUsuńTen fragnemt -ZBOCZENIEC- heheh :D
OdpowiedzUsuńZapraszam http://ispossiblee.blogspot.com Odpowiadam na każdą obserwacje i propozycje wejść w linki :)